O żałobie na koniec
Apr. 17th, 2010 11:56 pmChyba ostatnia notka o żałobie na Waszych flistach, ale żałoba przyniosła mi kilka refleksji. Pewnie jesteście zmęczeni, wiec podzieliłam tekst na części, każdy może wybrać cos dla siebie.
Przeżywałam tę żałobę. Było mi autentycznie smutno i nie miałam ochoty na nic rozrywkowego, nawet na oglądanie. I w pewnym sensie było to pozytywne doświadczenie, bo pierwszy raz poczułam się tak częścią narodu. A czuję się Polką. Szkoda jedynie, że przyszło to w tak tragicznych okolicznościach. I tu refleksja pierwsza: czemu takie wspólnotowe odczucia przychodzą jedynie w smutnych chwilach? Odpowiedź jest w sumie prosta: mało mamy radosnych momentów do świętowania. Ale może powinnyśmy je trochę wykreować? Toć my nawet 11 listopada świętujemy na poważnie (=smutno, wg naszych standardów). Nie mamy nawet święta, żeby uczcić obalenie komunizmu. To jest fragment historii, który większość społeczeństwa jeszcze pamięta. I chyba pamiętają radość tamtego czasu. Czemu tego nie wykorzystać? Czemu potrafimy się pięknie smucić, bratać przez smutek (Shilla, też wzruszam się na zdjęciach Putina z Tuskiem) czemu nie potrafimy się wspólnie cieszyć? Czy poprzez lata martyrologicznej historii nauczyliśmy się pamiętać o ofiarach, ale zapomnieliśmy jak pamiętać o zwycięstwach?
Moja żałoba skoczyła się szybciej niż myślałam, bo wraz z Wawelem (podobno w tych odczuciach nie jestem odosobniona). Naprawdę Wawel wyrwał mnie trochę z letargu, w którym się znajdowałam i kiedy wszystko było mi obojętne. Początkowo wiadomość o miejscu pochówku nie wywarła na mnie wrażenia, ale potem zobaczyłam głosy krytyczne i zaczęłam myśleć. I rzeczywiście uważam, ze to przesada, bardzo niefortunna decyzja, bo wychodzi na to, że śmierć w wypadku była jedyną zasługą Kaczyńskiego. Wątpię, żeby sam chciał, aby tak to wyglądało. Natomiast decyzja zapadła, można o niej dyskutować, można analizować i wyciągać wnioski, ale protesty uliczne wydają mi się po prostu nie na miejscu. Tak samo jak dopatrywanie się złej woli/zbijania kapitału politycznego itp. Pokłóciłam się dziś o to z moim Tatą. Nie powiem, żeby nie przeszło mi przez myśl: „o wychodzi megalomania Kaczyńskich”, ale wstydzę się tego. Naprawdę sądzę, że ktoś o czymś nie pomyślał, nie pomyślał, że to kontrowersyjna decyzja i będą protesty i że jakby pomyślał, to nie wybrałby Wawelu. Toć i rodzinie w Warszawie wygodniej. Może nie trzeba było wiele myśleć, ale czy mi to teraz oceniać? Nie ja tam straciłam najbliższych, którzy w dodatku pełnili kluczowe stanowiska w państwie. Naprawdę łatwo oceniać, jak się stoi z boku tego wszystkiego. A nawet jeśli było inaczej, to ja wolę wierzyć, że było właśnie tak. Mam dość podejrzewania wszystkich o złą wolę, nawet w obliczu osobistej tragedii. Mam dość brania w tym udziału. Bo takie myślenie nakręca spiralę. Przecież wszyscy kombinują, więc i ja muszę kombinować, co oni kombinują, a oni wtedy kombinują co, ja kombinuję. Koło się zamyka. Mam dość.
I kilka refleksji ogólne nad kształtem naszej żałoby narodowej. Od początku, jak była ogłoszona, wiedziałam, jak będzie wyglądać. Wiedziałam, że jak tylko skończą napływać nowe informacje, zaczną się ckliwe obrazki, wspomnienia, wyolbrzymianie dokonań i wielkie plany, jak to nas zmieni, jako naród (nie zmieni się nic, tak jak po papieżu się nie zmieniło. Nie wiem, jak będzie wyglądać kampania ta prezydencka, ale wiem, że kolejna będzie wyglądać tak samo, jak poprzednie. Może tylko niektórzy będę mogli się podeprzeć zmarłymi). Wiedziałam, co będą mówić politycy i inne gadające głowy. Nie najlepiej to świadczy o polskim życiu publicznym i mediach, ale mniemanie o nich mam słabe od dawna. Dopóki byłam w żałobnym letargu, dopóty mi to nie przeszkadzało, a potem byłam zbyt bardzo tym wszystkim zmęczona, żeby się przejmować. No i wszystko wróciło do normy, czyli nie oglądam telewizji.
Ale taką moją pierwszą refleksją o żałobie było: ja tu nie do końca pasuję. Chodzi o to, że nasza Żałoba Narodowa, jest w większości Żałobą Religijną. Proszę nie odczytać tego jako jakiś atak na Kościół. Nie mam żadnych pretensji. Dla wierzących śmierć jest wydarzeniem religijnym. Ale ja bym chciała czegoś więcej niż mszy, czegoś dla mnie. Bo wpis do księgi kondolencyjnej to za mało (w trójmieście nie było żadnych marszy). I nie chodzi o to, że nawet w takiej sytuacji nie pójdę do Kościoła. Nawet jako symbol oddania hołdu zmarłym (tylko czemu muszę go oddawać religijnie?). Chodzi o to, że ja się po prostu na mszy świętej dziwnie się czuję. Byłyśmy w sobotę z dziewczynami na Wawelu. Tylko na chwilę, tak planowałyśmy. Dopóki, że tak powiem był wstęp mszy, czytali nazwiska zmarłych, było ok. Ale jak się zaczęły czytania, to poczułam się autentycznie dziwnie. I co mam robić? Stać i milczeć (co ja tu robię?), czy mówić słowa modlitwy pośród modlących się (czy to ich nie uraża?)?
No i samo zamykanie sklepów czy kawiarni. Czy to naprawdę potrzebne? Ja wyjeżdżałam z Krakowa w niedziele i nie miałam nawet gdzie poczekać na dworcu na mój pociąg. Czy naprawdę komuś by zaszkodziło to, że usiadłabym z dziewczynami i wypiła kawę? Czy naprawdę w miejscu publicznym trzeba się od razu cieszyć? I wychodzi na to, że jak nie chcę iść do kościoła, to nawet nie mam gdzie pójść i porozmawiać ze znajomymi: to była dobra osoba, zrobiła to i to, szkoda, że odeszła, będzie mi jej brakować.
A nawet kurcze dyskoteki. Przecież nie każdy musi się smucić. Naprawdę nie przeszkadza mi to, że ktoś przeżywa żałobę inaczej, czy, że jej w ogóle nie przeżywa. Jak ktoś chce gdzieś iść, to niech idzie. No chyba, że właściciel stwierdzi, że nie ma sensu otwierać lokalu, bo będzie za mało osób.
Przeżywałam tę żałobę. Było mi autentycznie smutno i nie miałam ochoty na nic rozrywkowego, nawet na oglądanie. I w pewnym sensie było to pozytywne doświadczenie, bo pierwszy raz poczułam się tak częścią narodu. A czuję się Polką. Szkoda jedynie, że przyszło to w tak tragicznych okolicznościach. I tu refleksja pierwsza: czemu takie wspólnotowe odczucia przychodzą jedynie w smutnych chwilach? Odpowiedź jest w sumie prosta: mało mamy radosnych momentów do świętowania. Ale może powinnyśmy je trochę wykreować? Toć my nawet 11 listopada świętujemy na poważnie (=smutno, wg naszych standardów). Nie mamy nawet święta, żeby uczcić obalenie komunizmu. To jest fragment historii, który większość społeczeństwa jeszcze pamięta. I chyba pamiętają radość tamtego czasu. Czemu tego nie wykorzystać? Czemu potrafimy się pięknie smucić, bratać przez smutek (Shilla, też wzruszam się na zdjęciach Putina z Tuskiem) czemu nie potrafimy się wspólnie cieszyć? Czy poprzez lata martyrologicznej historii nauczyliśmy się pamiętać o ofiarach, ale zapomnieliśmy jak pamiętać o zwycięstwach?
Moja żałoba skoczyła się szybciej niż myślałam, bo wraz z Wawelem (podobno w tych odczuciach nie jestem odosobniona). Naprawdę Wawel wyrwał mnie trochę z letargu, w którym się znajdowałam i kiedy wszystko było mi obojętne. Początkowo wiadomość o miejscu pochówku nie wywarła na mnie wrażenia, ale potem zobaczyłam głosy krytyczne i zaczęłam myśleć. I rzeczywiście uważam, ze to przesada, bardzo niefortunna decyzja, bo wychodzi na to, że śmierć w wypadku była jedyną zasługą Kaczyńskiego. Wątpię, żeby sam chciał, aby tak to wyglądało. Natomiast decyzja zapadła, można o niej dyskutować, można analizować i wyciągać wnioski, ale protesty uliczne wydają mi się po prostu nie na miejscu. Tak samo jak dopatrywanie się złej woli/zbijania kapitału politycznego itp. Pokłóciłam się dziś o to z moim Tatą. Nie powiem, żeby nie przeszło mi przez myśl: „o wychodzi megalomania Kaczyńskich”, ale wstydzę się tego. Naprawdę sądzę, że ktoś o czymś nie pomyślał, nie pomyślał, że to kontrowersyjna decyzja i będą protesty i że jakby pomyślał, to nie wybrałby Wawelu. Toć i rodzinie w Warszawie wygodniej. Może nie trzeba było wiele myśleć, ale czy mi to teraz oceniać? Nie ja tam straciłam najbliższych, którzy w dodatku pełnili kluczowe stanowiska w państwie. Naprawdę łatwo oceniać, jak się stoi z boku tego wszystkiego. A nawet jeśli było inaczej, to ja wolę wierzyć, że było właśnie tak. Mam dość podejrzewania wszystkich o złą wolę, nawet w obliczu osobistej tragedii. Mam dość brania w tym udziału. Bo takie myślenie nakręca spiralę. Przecież wszyscy kombinują, więc i ja muszę kombinować, co oni kombinują, a oni wtedy kombinują co, ja kombinuję. Koło się zamyka. Mam dość.
I kilka refleksji ogólne nad kształtem naszej żałoby narodowej. Od początku, jak była ogłoszona, wiedziałam, jak będzie wyglądać. Wiedziałam, że jak tylko skończą napływać nowe informacje, zaczną się ckliwe obrazki, wspomnienia, wyolbrzymianie dokonań i wielkie plany, jak to nas zmieni, jako naród (nie zmieni się nic, tak jak po papieżu się nie zmieniło. Nie wiem, jak będzie wyglądać kampania ta prezydencka, ale wiem, że kolejna będzie wyglądać tak samo, jak poprzednie. Może tylko niektórzy będę mogli się podeprzeć zmarłymi). Wiedziałam, co będą mówić politycy i inne gadające głowy. Nie najlepiej to świadczy o polskim życiu publicznym i mediach, ale mniemanie o nich mam słabe od dawna. Dopóki byłam w żałobnym letargu, dopóty mi to nie przeszkadzało, a potem byłam zbyt bardzo tym wszystkim zmęczona, żeby się przejmować. No i wszystko wróciło do normy, czyli nie oglądam telewizji.
Ale taką moją pierwszą refleksją o żałobie było: ja tu nie do końca pasuję. Chodzi o to, że nasza Żałoba Narodowa, jest w większości Żałobą Religijną. Proszę nie odczytać tego jako jakiś atak na Kościół. Nie mam żadnych pretensji. Dla wierzących śmierć jest wydarzeniem religijnym. Ale ja bym chciała czegoś więcej niż mszy, czegoś dla mnie. Bo wpis do księgi kondolencyjnej to za mało (w trójmieście nie było żadnych marszy). I nie chodzi o to, że nawet w takiej sytuacji nie pójdę do Kościoła. Nawet jako symbol oddania hołdu zmarłym (tylko czemu muszę go oddawać religijnie?). Chodzi o to, że ja się po prostu na mszy świętej dziwnie się czuję. Byłyśmy w sobotę z dziewczynami na Wawelu. Tylko na chwilę, tak planowałyśmy. Dopóki, że tak powiem był wstęp mszy, czytali nazwiska zmarłych, było ok. Ale jak się zaczęły czytania, to poczułam się autentycznie dziwnie. I co mam robić? Stać i milczeć (co ja tu robię?), czy mówić słowa modlitwy pośród modlących się (czy to ich nie uraża?)?
No i samo zamykanie sklepów czy kawiarni. Czy to naprawdę potrzebne? Ja wyjeżdżałam z Krakowa w niedziele i nie miałam nawet gdzie poczekać na dworcu na mój pociąg. Czy naprawdę komuś by zaszkodziło to, że usiadłabym z dziewczynami i wypiła kawę? Czy naprawdę w miejscu publicznym trzeba się od razu cieszyć? I wychodzi na to, że jak nie chcę iść do kościoła, to nawet nie mam gdzie pójść i porozmawiać ze znajomymi: to była dobra osoba, zrobiła to i to, szkoda, że odeszła, będzie mi jej brakować.
A nawet kurcze dyskoteki. Przecież nie każdy musi się smucić. Naprawdę nie przeszkadza mi to, że ktoś przeżywa żałobę inaczej, czy, że jej w ogóle nie przeżywa. Jak ktoś chce gdzieś iść, to niech idzie. No chyba, że właściciel stwierdzi, że nie ma sensu otwierać lokalu, bo będzie za mało osób.
no subject
Date: 2010-04-17 10:06 pm (UTC)*przytul* Cieszyły mnie Twoje wypowiedzi i wpisy, bo uważam, ze zawsze bardzo sensownie mówisz :)
no subject
Date: 2010-04-17 10:14 pm (UTC)Z tymi pracownikami, to można się zastanowić. Myślę, ze sensowne jest zamknięcie wszystkiego jutro, żeby pracownicy mogli uczestniczyć w jakiś sposób w pogrzebie. Ale w zeszłą niedzielę? Widzisz chodzi mi o to, że gdyby katastrofa wydarzyła się w dzień powszedni, to wątpię, żeby pozamykali szkoły i fabryki. Dla mnie to miało jednak wydźwięk: pozamykajmy miejsca konsumpcjonizmu i rozrywki.
no subject
Date: 2010-04-17 10:37 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 10:50 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 10:54 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 10:58 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 11:26 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-19 05:09 pm (UTC)Trochę smutne.
(Wczoraj było za to spokojniej w godzinach uroczystości na Wawelu, wieczorem znowu urwanie głowy.)
no subject
Date: 2010-04-17 10:50 pm (UTC)*5*
Mam dość podejrzewania wszystkich o złą wolę, nawet w obliczu osobistej tragedii. Mam dość brania w tym udziału. Bo takie myślenie nakręca spiralę. Przecież wszyscy kombinują, więc i ja muszę kombinować, co oni kombinują, a oni wtedy kombinują co, ja kombinuję. Koło się zamyka. Mam dość.
Ja nawet gdy myślałam, że to sprawka Jarosława (wciąż bardziej stawiałabym ym na sugestię jakiegoś biskupa; teraz pewnie już się nie dowiemy), to nie posądzałam go o to, że robi to dla kampanii wyborczej czy innych takich gówien - myślałam, że chce w ten sposób uczcić pamięć brata, który był wielkim patriotą i którego wielkim bohaterem był J. Piłsudski.
A o tym ostatnim napisałam niżej - zamykanie sklepów etc. w niedzielę odczytałam jako gest w stronę pracowników, którzy może chcieli poprzeżywać te wszystkie wydarzenia w spokoju i z rodzinami, nie doszukiwałabym się tutaj niczego.
no subject
Date: 2010-04-17 10:53 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 10:55 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 11:23 pm (UTC)PS. świetne ikonka :)
no subject
Date: 2010-04-17 11:24 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 11:27 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 11:27 pm (UTC)Tak XD
no subject
Date: 2010-04-17 10:54 pm (UTC)I też dziękuję za tą notkę. Jedna z tych mądrzejszych dotyczących żałoby. I też miałam to uczucie niepasowania, gdy chciałam przeżywać żałobę, ale nie bardzo mi to było dane pośród słów nieznaczącej nic modlitwy i obrządków. Zabrakło bardziej neutralnych gestów.
no subject
Date: 2010-04-17 11:25 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 11:36 pm (UTC)no subject
Date: 2010-04-17 11:52 pm (UTC)