Felieton Chylińskiej + liścik
Sep. 2nd, 2006 12:34 amNajpierw może mały link do listu protestacyjnego przeciw najnowszym propozycjom LPR, aby „poprawić” konstytucję i zagwarantować w niej ochronę życia ludzkiego od poczęcia.
http://www.federa.org.pl/podpisy
A teraz coś innego.
Dostałam mailem felieton Agnieszki Chylińskiej, zamieszczony w Machinie.
Ja jestem w szoku, jestem kontuzjowana i niech mi panowie Metz z Beliną
wybaczą, ale ja z pyskiem wypłowiałym, mózgiem otępionym jedną godziną snu
na dobę, z cyckami zaropiałymi jak po jakiejś supersesji sado maso, z
wielką pieluchą między nogami, ja obecnie nie mogę inaczej i o czym innym.
Muszę to napisać, muszę to z siebie wypluć, muszę to opisać, bo jakoś
wcześniej z takim opisem się nie spotkałam i może gdybym wiedziała...
Macierzyństwo to ściema! Wiem to na pewno! Poradniki, gazetki, reklamy
pieluch nawet: wszyscy kłamią! To pułapka, w którą dałam się złapać i teraz
zdezorientowana i zaszczuta chowam się po kątach, by mnie nie zauważył ssak,
którego powiłam parę tygodni temu, by mnie nie wypatrzył, nie wyczuł, że
jestem w pobliżu. Nawet nie o mnie ssakowi chodzi, ale o dwa nabrzmiałe
balony, które przy delikatnym nawet ruchu sikają strugami mleka.
Zostałam oszukana, uległam propagandzie, poleciałam na tysiaka i teraz mam!
A tak ładnie wszystko szło. Kupowanie koszulki rozmiar 54 z napisem
"Motorhead", wzdychanie i rozmyślanie nad tym, jak ukierunkuję ideowo syna
mojego pierworodnego. Roztkliwianie się nad parą skarpetek, wzdychanie na
widok uśmiechniętych bobasów widzianych przelotnie w centrach handlowych,
zaczytywanie się poradnikami i wiara w to, że się jest uwarunkowaną
genetycznie do bycia matką Polką, że się będzie stosować metody najbardziej
delikatne, nieinwazyjne, naturalne przy pielęgnacji i wychowywaniu
cudownego potomka.
A tymczasem? Dlaczego nikt mi nie powiedział o tym, że poród będzie
potwornym cierpieniem, i że się będę wstydziła przeć, myśląc cały czas o
tym, by nie narobić dziecku na głowę? Dlaczego darłam się w niebogłosy,
tworząc najbardziej spontaniczny tekst nowej piosenki pod tytułem "ja już
kurwa nie mam siły", naczytawszy się wcześniej o fantastycznych
znieczuleniach, technikach relaksacyjnych i innych takich? Dlaczego mamiono
mnie opisami fantastycznych przeżyć, wręcz erotycznych, podczas karmienia
piersią, gdy tymczasem okazało się, że bezzębny dziamdziak może zmasakrować
suty w try miga i domagać się co godzinę dalszej masakry, więcej krwi...
I dlaczego dopiero pod koniec jednego z poradników małymi literami było
napisane, że jeśli ma się chęć sprzedać swoje dziecko na allegro to powinno
się zwrócić do osoby duchownej z prośbą o poradę lub od razu zamknąć się w
psychiatryku... Ciekawe... I na czym miało polegać "wzmocnienie i rozkwit
związku, gdy pojawia się dziecko", jeśli jedyne co mam do powiedzenia
mojemu chłopakowi od miesiąca to: przynieś-wynieś-pozamiataj, nie rób tego
tak, możesz mi pomóc?, a może ty go przewiniesz?, nie wkurwiaj mnie, to
twoje dziecko, a to se go bierz, nie rozdwoję się, możesz tu łaskawie
przyjść?
Nigdzie nie przeczytałam o tym, że dziecko drze gębę. Znalazłam wzmianki o
tym, że kwili, płacze, marudzi, gaworzy, ale nie ma nic o tym, że ma
syndrom "Blaszanego bębenka", znaczy się, że szyby pękają, gdy zaczyna
ryczeć od 16.00 do 23.30, by usnąć z uśmiechem i pozwolić mi zrobić siku,
umyć się, zjeść coś szybko. Koleżanki mi mówiły: Och, wiesz przy dziecku
szybko się chudnie. Teraz wiem dlaczego. Bo nie ma się czasu zjeść. Teraz
też się drze, a ja muszę oddać ten felieton i musi być dobry, z puentą, na
poziomie, a mam oczy na zapałki i piszę tę jedną kartkę jakieś sześć godzin,
gdyż odskakiwać muszę co chwila, bo kupa, bo płacz, bo mleko, bo coś tam i
do tego jeszcze burdel w mieszkaniu i kot zazdrosny porzygał się właśnie
ostentacyjnie na środku pokoju. Rokendrol, nie ma co...
Mnie się tekst bardzo podobał. Doskonale wyśmiewa cały mit, że rodzicielstwo, a zwłaszcza macierzyństwo, jest takie wspaniałe, a samo posiadanie dziecka wynagradza niewyspanie, permanentne zmęczenie itd.
Widząc całą wspaniałą otoczkę, jaką się wokół rodzicielstwa stwarza, wydaje mi się ono strasznie przereklamowane. Obiektywnie ocenić nie mogę, jako że wszystko jeszcze przede mną, albo i nie. I zdaje mi się, że wielu rodziców, którzy mogliby to obiektywnie ocenić, nie robi tego, gdyż można by to uznać za brak miłości. A dzieci należy kochać, bez względu ma okoliczności i nie wolno nawet pomyśleć (podkreślam pomyśleć, a nie robić cokolwiek), że bez nich mogłoby być łatwiej. Bo dziecko jest najważniejsze i wynagradza wszelkie trudy. A jak nie wynagradza to i tak wynagradza i tak należy myśleć.
http://www.federa.org.pl/podpisy
A teraz coś innego.
Dostałam mailem felieton Agnieszki Chylińskiej, zamieszczony w Machinie.
Ja jestem w szoku, jestem kontuzjowana i niech mi panowie Metz z Beliną
wybaczą, ale ja z pyskiem wypłowiałym, mózgiem otępionym jedną godziną snu
na dobę, z cyckami zaropiałymi jak po jakiejś supersesji sado maso, z
wielką pieluchą między nogami, ja obecnie nie mogę inaczej i o czym innym.
Muszę to napisać, muszę to z siebie wypluć, muszę to opisać, bo jakoś
wcześniej z takim opisem się nie spotkałam i może gdybym wiedziała...
Macierzyństwo to ściema! Wiem to na pewno! Poradniki, gazetki, reklamy
pieluch nawet: wszyscy kłamią! To pułapka, w którą dałam się złapać i teraz
zdezorientowana i zaszczuta chowam się po kątach, by mnie nie zauważył ssak,
którego powiłam parę tygodni temu, by mnie nie wypatrzył, nie wyczuł, że
jestem w pobliżu. Nawet nie o mnie ssakowi chodzi, ale o dwa nabrzmiałe
balony, które przy delikatnym nawet ruchu sikają strugami mleka.
Zostałam oszukana, uległam propagandzie, poleciałam na tysiaka i teraz mam!
A tak ładnie wszystko szło. Kupowanie koszulki rozmiar 54 z napisem
"Motorhead", wzdychanie i rozmyślanie nad tym, jak ukierunkuję ideowo syna
mojego pierworodnego. Roztkliwianie się nad parą skarpetek, wzdychanie na
widok uśmiechniętych bobasów widzianych przelotnie w centrach handlowych,
zaczytywanie się poradnikami i wiara w to, że się jest uwarunkowaną
genetycznie do bycia matką Polką, że się będzie stosować metody najbardziej
delikatne, nieinwazyjne, naturalne przy pielęgnacji i wychowywaniu
cudownego potomka.
A tymczasem? Dlaczego nikt mi nie powiedział o tym, że poród będzie
potwornym cierpieniem, i że się będę wstydziła przeć, myśląc cały czas o
tym, by nie narobić dziecku na głowę? Dlaczego darłam się w niebogłosy,
tworząc najbardziej spontaniczny tekst nowej piosenki pod tytułem "ja już
kurwa nie mam siły", naczytawszy się wcześniej o fantastycznych
znieczuleniach, technikach relaksacyjnych i innych takich? Dlaczego mamiono
mnie opisami fantastycznych przeżyć, wręcz erotycznych, podczas karmienia
piersią, gdy tymczasem okazało się, że bezzębny dziamdziak może zmasakrować
suty w try miga i domagać się co godzinę dalszej masakry, więcej krwi...
I dlaczego dopiero pod koniec jednego z poradników małymi literami było
napisane, że jeśli ma się chęć sprzedać swoje dziecko na allegro to powinno
się zwrócić do osoby duchownej z prośbą o poradę lub od razu zamknąć się w
psychiatryku... Ciekawe... I na czym miało polegać "wzmocnienie i rozkwit
związku, gdy pojawia się dziecko", jeśli jedyne co mam do powiedzenia
mojemu chłopakowi od miesiąca to: przynieś-wynieś-pozamiataj, nie rób tego
tak, możesz mi pomóc?, a może ty go przewiniesz?, nie wkurwiaj mnie, to
twoje dziecko, a to se go bierz, nie rozdwoję się, możesz tu łaskawie
przyjść?
Nigdzie nie przeczytałam o tym, że dziecko drze gębę. Znalazłam wzmianki o
tym, że kwili, płacze, marudzi, gaworzy, ale nie ma nic o tym, że ma
syndrom "Blaszanego bębenka", znaczy się, że szyby pękają, gdy zaczyna
ryczeć od 16.00 do 23.30, by usnąć z uśmiechem i pozwolić mi zrobić siku,
umyć się, zjeść coś szybko. Koleżanki mi mówiły: Och, wiesz przy dziecku
szybko się chudnie. Teraz wiem dlaczego. Bo nie ma się czasu zjeść. Teraz
też się drze, a ja muszę oddać ten felieton i musi być dobry, z puentą, na
poziomie, a mam oczy na zapałki i piszę tę jedną kartkę jakieś sześć godzin,
gdyż odskakiwać muszę co chwila, bo kupa, bo płacz, bo mleko, bo coś tam i
do tego jeszcze burdel w mieszkaniu i kot zazdrosny porzygał się właśnie
ostentacyjnie na środku pokoju. Rokendrol, nie ma co...
Mnie się tekst bardzo podobał. Doskonale wyśmiewa cały mit, że rodzicielstwo, a zwłaszcza macierzyństwo, jest takie wspaniałe, a samo posiadanie dziecka wynagradza niewyspanie, permanentne zmęczenie itd.
Widząc całą wspaniałą otoczkę, jaką się wokół rodzicielstwa stwarza, wydaje mi się ono strasznie przereklamowane. Obiektywnie ocenić nie mogę, jako że wszystko jeszcze przede mną, albo i nie. I zdaje mi się, że wielu rodziców, którzy mogliby to obiektywnie ocenić, nie robi tego, gdyż można by to uznać za brak miłości. A dzieci należy kochać, bez względu ma okoliczności i nie wolno nawet pomyśleć (podkreślam pomyśleć, a nie robić cokolwiek), że bez nich mogłoby być łatwiej. Bo dziecko jest najważniejsze i wynagradza wszelkie trudy. A jak nie wynagradza to i tak wynagradza i tak należy myśleć.
no subject
Date: 2006-09-01 10:49 pm (UTC)I tu nie chodzi o to, że tak nie jest - że macierzyństwo jest takie różowe - bo rzeczywiście różowe nie jest. Codziennie słyszę skarg na nieprzespane noce i wszelkiego rodzaju dolegliwości/niewygody/stresy związane z tym, że urodziło się dziecko. Tylko że forma, w jakiej zrobiła to pani Chylińska (nigdy jej nie lubiłam, tak btw) jest lekko przesadzona. Pisać o własnym dziecku (które po latach może to sobie przecież przeczytać) jako o "ssaku, który drze mordę" - albo to miał być żart, albo chwyt marketingowy, albo Chylińska nie chce tracić swego imidżu Potwora - albo po prostu nie ma instynktu macierzyńskiego. Ja jestem tym tekstem zniesmaczona.
A dzieci należy kochać, bez względu ma okoliczności i nie wolno nawet pomyśleć (podkreślam pomyśleć, a nie robić cokolwiek), że bez nich mogłoby być łatwiej.
Każdy rodzic wie, że bez dzieci było "łatwiej". Tylko że normalnym ludziom rodzicielstwo rzeczywiście "wynagradza".
Ale są ludzie, którzy po prostu nie dorośli do tego, i nie odczują tego "wynagradzania", bo ważniejsze jest to, że "bolą cyce" albo że trzeba wstawać kilkanaście razy jednej nocy.
Dla mnie - Chylińska nie dorosła. Chociaż za szczerość rzeczywiście brawa.
no subject
Date: 2006-09-02 11:59 am (UTC)Nie chcę się tu rozwodzić czy Chylińska przesadziła, specjalnie przerysowała sytuacje, a może to był chwyt marketingowy. Nie o to mi chodzi, ale tylko o to jak można Pisać o własnym dziecku (które po latach może to sobie przecież przeczytać) jako o "ssaku, który drze mordę" . Skoro tak się czuje, to czemu nie pisać? Dla mnie to nie oznacza braku miłości, tylko wkurzenie, frustrację, irytację, wszystko razem w jednej chwili, tak, że masz wszystkiego dość, w tym momencie swojego dziecka także (przy czym nie oddajesz go z tego powodu do sierocińca).
Zastanawiam się nad tym już od jakiegoś czasu. I bynajmniej nie skłonił mnie do tego felieton Chylińskiej, ale splot różnych innych wypadków. Ciekawi mnie podejście dziecka do swojego rodzica, kiedy słyszy od niego radę „Lepiej mnie mieć dzieci”. Może poczuć się urażone. Intryguje mnie dlaczego. Czemu córce/synowi nie wystarcza, że rodzice wychowali je najlepiej jak potrafili dając im tyle miłości, ile mogli? Czy to nie jest wynik takiego wpajania, że dzieci są wspaniałe i kochane i wszystko wynagradzają? Oraz milczenia rodziców w momentach kiedy jest źle? (Dobra, Magd, ja wiem, że to Ty będziesz pedagogiem, nie ja i lepiej wiesz jaki wpływ na psychikę malucha miałoby takie gadanie).
I w sumie co z tego, jeśli syn Chylińskiej w przyszłości przeczyta ten felieton? Może rozmowa na jego temat zbliży ich do siebie? A jak matka nie będzie potrafiła mu wszystkiego dostatecznie wytłumaczyć (bądź on tego tłumaczenia zaakceptować), to co? Ma się czuć gorszy? I znowu powraca pytanie, które mnie najbardziej interesuje: czemu?